Andrzej Blikle
14 października 2009  17:55

0

Rządy fachowców


W trakcie debaty w TVN24, z udziałem kilku znanych polskich ekonomistów i poświęconej  przyczynom obecnego kryzysu i sposobom przeciwdziałania mu, Ryszard Bugaj, doradca prezydenta RP powiedział, że praprzyczyną kryzysu była nadmierna konsumpcja na kredyt w Stanach Zjednoczonych. Na pytanie prowadzącego: Co w takim razie robić, żeby przeciwdziałać kryzysowi? Stymulować konsumpcję na kredyt – odpowiedział prof. Bugaj bez cienia zażenowania. Czy trudno się potem dziwić, że Lech Kaczyński krytykuje rządzących za to, że z jednej strony nie zwiększają deficytu budżetowego, z drugiej zaś, że go zwiększają.

Na konferencji, jaka odbyła się w końcu maja br. w pałacu prezydenckim, pośród pięciu b. ministrów finansów, czworo z zaproszonych (Osiatyński, Kołodko, Lutkowski, Borowski) to wyznawcy paradygmatu Johna Maynarda Keynesa o stymulowaniu gospodarki wydatkami publicznymi. Piąta, czyli Zyta Gilowska, to jedna z grupki czterech, może pięciu znanych polskich ekonomistów – Leszek Balcerowicz, Jan Winiecki, Witold Kwaśnicki, Jacek Rostowski czy zmarły niedawno Wiesław Wilczyński – którzy rozumieją teorię ekonomii i odrzucają utopijne i fałszywe założenia teorii Lorda Keynesa. Pod tym względem jesteśmy i tak w znacznie lepszej sytuacji niż Amerykanie. Szefem Krajowej Rady Gospodarczej, która jest najwyższym ciałem doradczym prezydenta Obamy, jest syn dwóch wybitnych profesorów ekonomii oraz siostrzeniec laureata nagrody Nobla, Paula Samuelsona, Larry Summers, do niedawna także rektor uniwersytetu Harvarda. Cała rodzina wyznaje poglądy z pogranicza skrajnego interwencjonizmu i socjalizmu. Najbardziej aktywni amerykańscy laureaci ekonomicznej nagrody Nobla, Paul Krugman i Joseph Stiglitz to czystej wody socjaliści, choć utrzymują, że są wolnorynkowymi interwencjonistami. Podobne poglądy ma urzędujący minister Skarbu, Timothy Geithner i szef banku centralnego (FED), Bob Bernanke.

Jak to możliwe, że ludzie tej klasy, światowa czołówka ekonomistów, nobliści i kandydaci do przyszłych Nagród Nobla wyznają poglądy sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem? Już widzę te głosy oburzenia; cóż za ignorant! Nikomu nie znany niedouk śmie kwestionować kwalifikacje Noblistów?! To bezczelność! Na swoją obronę mam nie byle jaki autorytet, mianowicie Thomasa S. Kuhna1, który w swym wiekopomnym dziele pt. Struktura rewolucji naukowych zwraca uwagę, że naukowcy w każdej dziedzinie wiedzy dążą do przyjęcia pewnej matrycy teoretycznej, wizji podstawowej, paradygmatu. Raz przyjęty paradygmat nie jest sprawdzany czy kwestionowany, a dalsze badania stają się albo jego zastosowaniami, albo wyjaśnianiem niedoskonałości paradygmatu, który jest uznaną prawdą, nawet wtedy, gdy okaże się, że jest fałszywy. Paradygmat nie trwa, rzecz jasna, wiecznie. Z chwilą pojawienia się zbyt dużej ilości faktów przeczących mu zostaje ostatecznie wyparty przez nowy, lepszy paradygmat. To wszystko jednak trwa.

Paradygmat Ptolomeusza, że „Słońce kręci się wokół Ziemi” przetrwał jeszcze aż 180 lat po ogłoszeniu przez Kopernika O obrotach ciał niebieskich, w których polski stronom dowodził czegoś przeciwnego. Przyjęcie nowego paradygmatu Kopernika nie było łatwe ze względu na ówczesną doktrynę kościelną. Nieco krócej, ale też ponad pół wieku, trwał paradygmat znany jako teoria flogistonu. Paradygmat Keynesa okazał się fałszywy jeszcze zanim powstał. Obalił go Ludwig von Mises w Teorii pieniądza i kredytu, wydanej w roku 1912, czyli 97 lat temu. Praktyka uczy, że do obalenia go uczeni potrzebują więcej czasu. Szczególnym utrudnieniem jest charakter paradygmatu Keynesa i samych uczonych. Teoria Keynesa jest wyjątkowo interwencjonistyczna, a więc polityczna, czyli służy rządzącym. Gros ekonomistów zatrudnianych jest przez instytucje państwowe bądź quasi państwowe, np. uniwersytety czy wyższe uczelnie prywatne przez rządy subsydiowane. A ponieważ bliższa koszula ciału, zatrudnieni tam ekonomiści bardziej dbają o swój etat niż o prawdę, która może ich tego etatu pozbawić. O takich ludziach mówi się…etatyści. Ich wiedza poprzez media przenika do opinii publicznej, która myśli, że wie, o co w gospodarce chodzi. Ignorancja rodzi ignorancję.

A o co w gospodarce chodzi? John Maynard Keynes dokonał w ekonomii „głównego nurtu” właściwie trzech rewolucyjnych zmian. Oto jego pomysły:

1. Zanegował klasyczną strukturę produkcyjną, która wcześniej wyglądała mniej więcej tak: praca, oszczędności, inwestycje, produkcja, konsumpcja, wprowadzając w jej miejsce strukturę swoją: konsumpcja (w warunkach kryzysowych na kredyt), inwestycje i produkcja.

2. Przyjął, że oszczędności są rywalem konsumpcji, gdy tymczasem są one jedynie konsumpcją odłożoną w czasie, z której finansuje się kredyt.

3. Zignorował podstawowy fakt natury świata mówiący, że żyjemy w świecie dóbr rzadkich, co oznacza, że wszystkie zasoby, jakimi dysponujemy, występują w niedoborze. Pod dostatkiem jest tylko powietrza i dlatego za powietrze nie płacimy. Wszystko inne (praca, surowce, energia, czas) trzeba albo kupować, albo dystrybuować w jakiś inny sposób (przydziały, talony, system kartkowy etc.).

Niestety, co pomysł, to pudło. Nie można konsumować, gdy się nie wyprodukuje. To nie konsumpcja stymuluje produkcję, jest raczej odwrotnie. Aby to zrozumieć, wystarczy dokonać wizualizacji cyklu ekonomicznego w wykonaniu pierwszego producenta na Ziemi albo rozbitka, jak Robinson Cruzoe, rozpoczynającego proces przetrwania na bezludnej wyspie. Żeby konsumować, musieli najpierw coś wyprodukować. Nie skonsumowana część produkcji posłużyła im do zakupu (wymiany)
środków produkcji (inwestycji), a tym samym, do wzrostu produkcji. Dlatego właśnie gros programów stymulujących produkcję za pomocą konsumpcji, propagowanych przez rządy Japonii, Stanów Zjednoczonych, Niemiec etc. albo nie działa, albo po chwilowej poprawie (Japonia) wywołuje jeszcze większe turbulencje na rynku. Ostatnie dane Banku Światowego – wbrew poglądom Roberta Zoellicka, prezesa tej instytucji, który również jest wyznawcą paradygmatu Keynesa – dowodzą, że program stymulujący prezydenta Obamy osiągnie korzystne skutki, z tym że nie w USA, Japonii i Niemczech, lecz w… Chinach i Indiach. Można mieć nadzieję, że także w Polsce, ponieważ my nadal produkujemy to, do czego rządy pozostałych krajów Unii zachęcają swoich obywateli, czyli dobra konsumpcyjne. Potwierdza to Al Hunt z Bloomberg Television, mówiąc, że o ile w Stanach Zjednoczonych rośnie bezrobocie i spada produkcja, o tyle w Indiach i Chinach przewiduje się znaczny wzrost gospodarczy. Oba te fakty mają wspólne źródło, są nim amerykańskie programy stymulujące.

Siła nabywcza dolara 1800-2000

Siła nabywcza dolara 1800-2000

Jednakże największym grzechem Keynesa było zignorowanie faktu „rzadkości” zasobów i zastąpienie go „nadmiarem”. Uczynił to, negując wymyślone przez francuskiego ekonomistę Jean Baptiste Say’a prawo mówiące, że „każda podaż (produkcja) ma swój popyt”, a nie odwrotnie, jak tego chciał Keynes. Jeśli popyt jest za mały, jak to bywa w sytuacjach kryzysowych, wystarczy go pobudzić, drukując albo pożyczając pieniądze. Za te pieniądze ludzie kupią towary, których – jak założył Keynes – jest w bród, tylko ludzi na nie nie stać i w ten sposób gospodarka ruszy. Problem w tym, że jeśli pieniądz jest skutkiem produkcji, to za pieniądzem wykreowanym przez rząd czy bank centralny produkcji, a więc dóbr i usług nie ma. Jest on pusty. Jeśli zatem część pieniędzy nie ma pokrycia w towarach, zamiast nadmiaru, będziemy mieć do czynienia z niedoborem. W sytuacji wzrostu popytu przy stałej podaży wzrosną ceny. Efekt, jaki Keynes chciał osiągnąć, czyli zwiększenie siły nabywczej ludności neutralizowany jest przez wyższe ceny wywołane inflacją, czyli spadkiem siły nabywczej pieniądza. Dlatego pakiety stymulujące nie działają. To Say, a nie Keynes miał rację. Najpierw jest produkcja, potem konsumpcja, a nie odwrotnie. Pakiety stymulujące tworzą więc inflację, wywołując na dodatek, co najmniej dwa dodatkowe i bardzo szkodliwe zjawiska. Jedno to protekcjonizm i wiążący się z nim pośrednio transfer majątku z kieszeni jednych obywateli do kieszeni drugich. Co gorsza, zabiera się producentom i daje bankrutom. Protekcjonizm to wspierania własnych firm, czyli dyskryminowanie „obcych”. Od dawna wiadomo, że jest to – w przeciwieństwie do wolnej wymiany, która jest korzystna dla wszystkich – zjawisko dla wszystkich niekorzystne i kryzysogenne. Co więcej, pieniądze przeznaczane
na stymulację gospodarki, nawet te stanowiące deficyt budżetowy czy kredyt, pochodzą z kieszeni podatnika. Podatki płacą ci, którzy osiągają dochód. Adresatem programów stymulujących jest firma znajdująca się na krawędzi bankructwa lub po bankructwie. Karzemy w ten sposób producenta dóbr, a nagradzamy nieudacznika. Jest to gwóźdź do gospodarczej trumny.

Zwolennicy utrzymania własności państwowej w gospodarce posługują się mniej więcej takim argumentem: państwo jest mocne i bogate, może lepiej zarządzać majątkiem. A stać je na wyrafinowane analizy i ekspertyzy, stać na zatrudnienie fachowców, którzy pokierują majątkiem lepiej niż by to zrobili obywatele, których na takie wyrafinowane analizy nie stać. To, co napisałem powyżej dowodzi, że jednak taka wnikliwa analiza nie wystarczy. Dlaczego? Primo, z powodu przywiązania ekspertów do paradygmatów. Secundo, ponieważ – co wykazał Friedrich von Hayek – gospodarka jest zbyt skomplikowana, aby jedna osoba czy nawet grupa najwybitniejszych ekspertów była w stanie ogarnąć tę złożoność. Pomijam takie argumenty, jak słabszą motywację polityków i pokusę nadużycia. A więc myli się Timothy Geithner, twierdząc,
że „do zakończenia obecnego kryzysu wystarczy dobra wola rządu”. Gros najpoważniejszych problemów gospodarczych ma swoje źródło właśnie w interwencjach politycznych w gospodarkę.

Przykładem takich interwencji jest właśnie wiara w cudowne rozmnożenie majątku a la Keynes, w zaniżanie stóp procentowych poniżej poziomu rynkowego w celu poprawy koniunktury, a w Polsce np. wspieranie upadających przedsiębiorstw, jak stocznie czy koleje państwowe. Jeśli przyjąć, że pośrednią przyczyną obecnego kryzysu była ekspansja kredytowa, która doprowadziła do boomu na rynku nieruchomości w Stanach Zjednoczonych, jest to dowód na to, że same chęci polityków nie wystarczą. W tym wypadku dobrym chęciom polityków chcących ułatwić nabycie nieruchomości przez uboższych towarzyszy rekordowa ilość przejęć z tytułu niewypłacalności. Stąd receptą na wyjście z kryzysu musi być zaprzeczenie zasadom, które do niego doprowadziły. Trzeba przywrócić prawo J.B. Saya. Zaprzestać w związku z nim programów stymulujących. Pozwolić na likwidację firm, które sobie nie radzą, gdyż nie radząc sobie, marnotrawią zasoby, których nam brakuje. To samo w przypadku bezrobocia i cen; nie tworzyć miejsc pracy, nie przeciwdziałać spadającym cenom poprzez zwiększanie inflacji. Rządowi nie wolno wspierać biznesu. Biznes, a nie podatnicy, dpowiada za swoje błędy. Rząd ma wspierać rynek. Tym bardziej, że interwencje kosztują masę pieniędzy, dyskryminują producentów majątku, promują bankrutów, a co najgorsze, transferują majątek z kieszeni tych, których rząd nie lubi, do kieszeni tych, którzy cieszą się jego względami.