Millionaire Magazine
6 maja 2011  11:23

0

Michel Marbot – Historia zakładów Malma


Kamil Cebulski: Dlaczego z bogatej Francji przyjechałeś do biednej Polski?

Michel Marbot: W 1978 roku stało się coś niespodziewanego, został wybrany papież i Polska, która była biednym, smutnym i tragicznym krajem Europy zaczęła być gwiazdą. Była opisywana na każdej stronie zachodnich gazet. Czytaliśmy o ambitnej Polsce, walczącej o wolność. To mnie bardzo zaciekawiło, gdyż ja jestem z zamiłowania, jak i z wykształcenia historykiem. Dodatkowo, to właśnie wtedy poznałem moją żonę, która jest Polką.

KC: Jaka wtedy była Polska, aż taka straszna?

MM: Widziałem wtedy Polskę jeszcze komunistyczną, nie tą z lat 50-tych, stalinowską, ale pamiętam jak tramwaj kursował po 50 groszy, tych starych! Pierwsze pobyty w Polsce były dla mnie wzruszające, gdyż z opowiadań rodziców Polska przypominała Francję tuż po wojnie. Jednak to szybko się zmieniło. Nie trzeba wcale myśleć, że Polska jest teraz tysiąc lat do tyłu za Europą.
Miałem szczęście długo pracować dla Banku w Grecji. Pamiętam jak instalowaliśmy tam komputery. To był rok 1985 – była to tragedia. Pracownicy buntowali się i strajkowali przeciwko komputerom. W Polsce jak kupiłem zakład w Malborku na początku lat 90-tych, pierwsze co zrobiłem, to dla 40 osób pracujących w Administracji kupiłem komputery. Na drugi dzień po ogłoszeniu tej decyzji spodziewałem się protestów i strajków. Podejrzewałem, że pracownicy nie będą chcieli komputerów. Tymczasem, rzeczywiście pod moim biurem było kilka osób, jednak ich reakcja była inna. Pracownicy doradzali mi które komputery kupić, aby kupić inne bo są lepsze i szybsze itp. Całą komputeryzacja przeszła bez żadnej awantury, zupełnie inaczej niż było to kilka lat wcześniej w Grecji. Mówi to o gotowości ludzi do zmian w pracy. Zrobiło to dla mnie ogromne wrażenie.
Drugi obraz który pamiętam z dawnych czasów to był pierwszy widok moich zakładów przemysłowych. Warunki pracy straszne, niczym z XIX wieku. Wcześniej pracowałem trochę w Renault, tam było wszystko nowoczesne, dobrze zorganizowane, bardzo dobra atmosfera pracy. Tutaj było inaczej. Poszedłem do zakładu wieczorem i co zobaczyłem? Kobiety, które noszą worki po 60 kg, które pracują przy piecach, w temperaturze 60 stopni. Dosłownie tragedia.
Musiałem to wszystko zmienić. Od razu dałem wszystkim moim pracownikom ubezpieczenie medyczne. Zęby, protezy, wszystko co chcieli. Poszedłem wtedy do francuskiej firmy ubezpieczeniowej, i podpisałem z nią Polisę numer 1 w Polsce. Był to pierwszy kontrakt ubezpieczeniowy dla robotników. Mieli wtedy takie kontrakty politycy, bankowcy, ale nie robotnicy.
Kiedyś jeden z naszych pracowników miał udar mózgu. Zawieźliśmy go do szpitala w Malborku, a tam nam powiedzieli, że lekarz będzie za 4 dni. Zadzwoniłem więc do Gdańska, do Akademii, i tam go wyleczyli. Zaprzyjaźniłem się z tym lekarzem i zapraszałem go co 2 tygodnie do zakładu, aby leczył moich pracowników.
Ja się wtedy uczyłem mówić po polsku, kładłem więc nacisk na ludzi, by robili matury i także uczyli się języków. To było dla mnie bardzo ważne.

KC: Czy nie wydawało ci się to walką z wiatrakami?

MM: Zupełnie nie akceptowałem tamtego świata. Każdy przedsiębiorca musi mieć coś z anarchisty. Nie może zaakceptować takiego świata jakim jest, tylko musi go zmieniać, unowocześniać. Ci co akceptują świat jakim jest, to są urzędnicy, bankierzy, ludzie, którzy wykorzystują innych. Każdy większy przedsiębiorca buduje swoją własną rewolucję.
Trzeci obraz, który wtedy zobaczyłem, to że nasz zakład był na prowincji. Ja jestem dla tych ludzi „Światem”. Mieszkałem w 5 krajach, mówię w 7 językach. Musiałem więc przynieść Świat do tych ludzi i tych ludzi do Świata. Powiedziałem sobie, że moi ludzie nie będą jeździć do Warszawy, tylko od razu do Nowego Jorku, żeby zobaczyć Świat. Kiedy do moich pracowników mówiłem o Warszawie, oni mówili, że ona jest daleko. Jednak z takimi ludźmi budowaliśmy firmy międzynarodowej. Jak? Dużo wtedy jeździliśmy z naszymi pracownikami po świecie, aby nabrali wiary w siebie. Bardzo szybko ci ludzie nauczyli się kupować pszenicę w Kanadzie, eksportować do Włoch czy do Stanów. To było bardzo ważne osiągnięcie, zrobiliśmy dobry materiał na rozwój.

KC: No dobrze, wiemy już dlaczego Polska, ale nie wiemy dlaczego makarony. Francja przecież nie słynie z makaronów?

MM: Urodziłem się w roku 1957 we Włoszech. Jestem Francuzem, ale moja kultura jest oparta na Włoszech. Dopiero jak dorosłem przeprowadziłem się do Francji, do Paryża. Mieszkałem także w Rzymie, w Londynie, podczas służby wojskowej przebywałem w Niemczech, a kiedy pracowałem dla banku mieszkałem w Grecji. Miałem naprawdę unikalną okazję zobaczyć jak rozwijały się kraje Europy po wojnie i kryzysach.

KC: No dobrze, ale zanim przyjechałeś do Polski pracowałeś gdzieś i poznałeś wielki świat. Pytam bo z bogatych krajów pojechałeś do biednego? To nie jest normalna decyzja.

MM: Studiowałem nauki polityczne. To mi pomogło zrozumieć pewne procesy, dlaczego komunizm musi upaść i jak będą kształtować się przemiany w Polsce. Kiedy myślałem o tym, by zainwestować w Malmie, złożyłem do rządu francuskiego pismo o pomoc. Sam premier mnie przyjął i mówił, że to jest „szaleństwo”. Mówił że Rosjanie wrócą do Polski, że to nie pierwszy raz, że były wydarzenia z 1956 roku, i z 1968. Ja mu powiedziałem, że to już koniec tego systemu, bo nowe pokolenie tego nie zaakceptuje.
Każdy człowiek ma w sowim życiu taki moment, pociąg historii, który się nazywa rewolucja. Ja miałem szansę, bo był upadek komunizmu i to była ogromna szansa. Drugiej takiej szansy nie miałem. Każdy ma taką szansę w swoim życiu. Trzeba pilnować tego pociągu, aby go nie przeoczyć.
Kiedy skończyłem studia poszedłem do wojska, potem pracowałem w administracji publicznej. Dobrze pisałem przemówienia i szybko współpracowałem z Ministrem Handlu Zagranicznego. To była dobra szkoła. Jeden z moich kolegów mi wtedy powiedział, że idzie do szkoły biznesu. Postanowiłem zrobić to samo. Wtedy tak naprawdę poznałem przedsiębiorczych ludzi. Zawsze byłem w dobrych szkołach. W szkole biznesu poznałem świat przemysłowy, ludzi, którzy mieli marzenia i realizowali je.
Po szkole biznesu zacząłem pracę w Renault, gdzie pracowałem przez 2 lata. Następnie pracowałem dla Banku, który mi zaproponował wyjazd do Aten w Grecji, aby zostać dyrektorem. Mając 27 lat zarządzałem 80 osobami.
Miałem w Grecji bardzo poważną lekcję tego czym są komunistyczne związki zawodowe, gdyż organizacje te w Grecji były bardzo silne. Byłem dla nich ciekawością, bo znałem PRL. Miałem problem jak przekonać tych ludzie że komunizm nie jest dobrym rozwiązaniem bo to jest jak powiedzieć katolikowi, że Bóg nie istnieje. Nigdy się go nie przekona. Zacząłem wiec z nimi rozmawiać, a oni się mnie pytali jak to jest w komunistycznej Polsce, na co ja z uśmiechem odpowiadałem, że jest to „raj na ziemi”. Zmartwieni byli tym, że na Ukrainie zabito 40 górników którzy strajkowali, a ja im odpowiedziałem, że trzeba być szalonym, żeby strajkować jak się ma takie wspaniałe warunki pracy. Pytali się o szpitale, odpowiadałem, że za antybiotyki trzeba zapłacić, ale po co antybiotyki skoro w raju nikt nie choruje. Zmysł dyplomaty się przydał. Pracując z tymi ludźmi powoli zmieniałem ich nastawienie.
Po 5 latach w Atenach, zostałem z powrotem przeniesiony do Włoch, do Mediolanu. To było dla mnie wspaniałe, bo wróciłem do miejsca, w którym się urodziłem. Był 1989 rok, w Polsce była rewolucja. Postanowiliśmy z moja żoną, że jest tylko jedna możliwość. Jedziemy do Polski.
Z pięknego 400 metrowego apartamentu w Mediolanie, przenieśliśmy się do 40 metrowego mieszkania w bloku, w centrum Warszawy. Aby zadzwonić do Paryża, trzeba było przez 45 minut wykręcać numer, po czym sekretarka mówiła, że pożądany rozmówca będzie za 10 minut, i prosiła bym zadzwonił za chwilę. Więc znowu wykręcałem numer, i gdy po godzinie udawało się uzyskać połączenie, sekretarka mówiła, że pożądany rozmówca wyjechał 10 minut temu.
Wszyscy się dziwili, jak ja mogę żyć w takich warunkach. Ja jednak byłem przekonany, że nie jestem jedyny, który tu coś buduje. Gdyby telefon chodził normalnie, wszyscy by tu byli. Był to rodzaj bariery, który był dla mnie pozytywny, pomimo trudów które zadawał.
Pamiętam taki dzień, kiedy byłem umówiony z ministrem Bałaszem, który zajmował się rozwojem żywności. Byłem pod prysznicem, pełny w mydle, gdy nagle nie ma juz wody, a ja cały w mydle i za 20 minut mam spotkanie z ministrem. Wziąłem ręcznik, wytarłem się, zaczerwieniona skóra. Pan minister jak mnie zobaczył powiedział „aha, miałem tę samą przygodę wczoraj”.
Taki był świat. Nie trzeba myśleć, że jesteśmy w złej sytuacji bo jest nam trudno. Lubię ten Polski przysłowie „Nie ma tego złego co by na dobry nie wyszło”.
W takiej sytuacji ja chciałem robić makarony. Dobrze gotuję, od dawna znam się na makaronach. Problem był taki, że aby zbudować fabrykę makaronu potrzebowałem 30-40 milionów euro. Pracowałem wtedy jeszcze w banku. Pojechałem do prezesa tego banku i powiedziałem mu prawdę, że chcę tworzyć własny biznes, że chcę jechać do Polski. Powiedziałem, mu że jest to informacja tylko między nami. Obiecał, że nie powie mojemu bezpośredniemu przełożonemu i że mi pomoże i rekomendował mnie do innego Banku.
Zaprezentowałem tam swój projekt, a bankierzy się ze mnie śmiali. Mówili, że lepiej abym do Zimbabwe jechał bo w Polsce nie leży przyszłość. Mówili, że jestem urzędnikiem, a nie przedsiębiorcą. Żebym kupił raczej mieszkanie w Londynie i jako manager banku będę dobrze zarabiał.
Zapytali się mnie czy mam pieniądze. Byłem wtedy spłukany, nawet sprzedałem samochód, aby wdrożyć w życie mój projekt. Takie miałem szczęście, że znalazłem sponsora, który mi pożyczył pierwsze 100.000 dolarów. Na spotkaniu powiedziałem, że mam 100 tys. dolarów, ale potrzebuje jeszcze milion. Udało się jednak uzyskać kredyt. Prezes tego banku powiedział, że nie da mi miliona, bo nie chce stracić, dlatego daje mi 3 miliony dolarów, gdyż z taką kwotą będę miał za co porządnie zorganizować firmę.
Musiałem jednak uzyskać od rządu zabezpieczenie tego kredytu. Okazało się to bardzo trudne do załatwienia, gdyż musiałem się zwrócić do moich starszych kolegów, z którymi pracowałem w ministerstwie w Francji. Nie ma nic gorszego niż wrócić do starych kolegów. Katastrofa. Nikt nie chciał podjąć decyzję. Tutaj spotkałem pewnego starszego człowieka. Nie wyglądał na wpływowego, ale pomógł mi zorganizować spotkanie z Premierem Francji i uzyskałem zabezpieczenie.

KC: Czyli zanim otworzyłeś zakład bardzo długo się do tego przygotowywałeś?

MM: Miałem 32 lata, ale pracowałem już dobre 6-7 lat. Miałem doświadczenie przy Ministrze, prezesa banku, znałem ludzi z bliska w różnych krajach i kulturach. Nie straciłem czasu. Miałem już nawet rodzinę, która jest bardzo ważna. Myślimy tylko o pracy. Praca! Praca! a potem będziemy budować rodzinę. To jest złe. Jeden znajomy mi powiedział, że ja mam szczęście, bo mam 7 dzieci. Człowiek, który nie lubi rodziny to jest jak przedsiębiorstwo, które nie inwestuje.
Nie tylko ten wykształcony człowiek może inwestować i coś budować. Trzeba złapać ten moment, złapać siebie. Najbogatszy Francuz, Pan Pinault, mówi, że jego jedyny dyplom to jest prawo jazdy, pomimo tego udało mu się zarobić 50 miliardów euro. W biznesie trzeba mieć mentalność rewolucjonisty. Trzeba być gotowym, aby wszystko stracić, aby osiągnąć cel. To znaczy, wykorzystywać maksymalnie nasze możliwości.
Cały zachód jest pełny ludzi, którzy inwestowali bardzo dużo. Teraz myślą, że mogą żyć z tego przez całe lata. Nieprawda, trzeba ciągle inwestować. Widzę po kolegach z Włoch, którzy dostaną od Taty mieszkanie w centrum miasta, od Mamy dostaną drugie mieszkanie, w jednym mieszkają, w drugim wynajmują i tylko czekają na czynsz co miesiąc. To jest tragedia. To jest brak inwestycji i projektów.
Wszyscy mówią, że Afryka jest biedna. Ale tam ludzie inwestują. My widzimy tę biedę, ale w 10 lat zrobili tyle co Europa w 100 lat. Każde przedsiębiorstwo jest jak człowiek, ma swoją młodość, swój wiek i swoją starość, a jeżeli nie ma potem nowej generacji to jest strata ogromna.
Przedsiębiorca to jest artysta. On szuka perfekcji. Cokolwiek to jest czy szamba czy makarony czy wielkie mosty, on zawsze szuka perfekcji. Są ludzie, którzy na mnie mówią makaroniarz, ale ja jestem dumny z tego. Mogłem w życiu robić wiele rzeczy, ale robię makarony i staram się najlepiej jak mogę. Nigdy nie będę perfekcyjny, ale zawsze się staram.
W latach 90 kiedy kupowałem zakład, makarony z Malborka były najlepsze w Polsce, ale co zrobić, aby były najlepsze na świecie. W końcu udało nam się uzyskać ten tytuł. I to nie taki jak w konkursie Teraz Polska, gdzie jak ktoś zapłaci to ma. Malma ma najlepsze makarony według SlowFoody czy dziennikarzy włoskich, a także największych szefów kuchni świata. To była niespodzianka dla Włochów, że najlepszy makaron wybrany przez Jury to był makaron Malma z Malborka.

KC: A jak wyglądały pierwsze dni Twojej pracy?

KC: Malma było pierwsza prywatyzacja w Polsce. Oprócz zorganizowania pieniędzy na zakup musiałem także przekonać świat polityczny. Byłem największym inwestorem do 1994 roku. Poszedłem do burmistrza Malborka i powiedziałem, że chcę kupić makaroniarnię. Ona była warta niewiele. Maszyny mające po 20 lat, budynki rozwalające się. To nie znaczy, że była katastrofa. Ludzie i makaron byli najlepsi w Polsce.
W latach 80 komuniści inwestowali bardzo dużo w zakłady, inwestowali we wszystkie zakłady poza Malborkiem. Zapytałem się dlaczego Malma nie była modernizowana. Usłyszałem, że dlatego, że nie było reklamacji od klientów. To znaczy, że inwestycje były robione tam gdzie był zły produkt, źli ludzie, złe wszystko, a tam gdzie produkt był dobry i ludzie zaradni to nic nie inwestowano.
Poszedłem do zakładów i spotkałem dyrektora, który zgodził się na moje inwestycje. Poszedłem do burmistrza, który powiedział, że musi mieć zgodę ministerstwa, bo to jest pierwsza prywatyzacja w Polsce i on nie wie jak ja przyprowadzić. A więc potrzebowaliśmy zgodę od ministerstwa, ale nikt nie chciał ją udzielić. Słyszałem – będą mi mówić, że ja otrzymałem łapówkę od Pana. Jednak tutaj moje doświadczenie w administracji pomogło. Sporządziłem więc notatkę w której pytałem się ministra – czy minister ma coś przeciwko mojemu projektowi. Minister odpisał, że nie ma nic przeciwko. Poszedłem do burmistrza, że już jest zgoda ministra. Jeżeli ktoś nie może powiedzieć Tak, to wcale nie znaczy, że mówi nie. Trzeba mu tylko dobrze sformułować pytanie.

KC: Ale z tego co pamiętam, zakłady nie nazywały się wtedy Malma?

MM: Ja nazywałem wtedy tą firmę Danuta. Myśląc o Pani Danucie Wałęsowej. Danuta to jest super imię. Proste litery, typowo polskie imię, nie ma „rz” „cz” wszystkie litery nadają się na markę międzynarodową.
Te imię dało nam szczęścia. Obiecałem wszystkim podwójne pensje, ale sytuacja spółka nie była wesoła. Dokładnie wtedy gazeta NIE opublikowała artykuł, że „Danuta Wałęsowa kupiła makaroniarnię”. To oczywiście była nieprawda. Artykuł ten jednak podwoił mi sprzedaż. Wtedy pewien taksówkarz mi mówił, że jest wielki skandal w Polsce, że Pani Danuta kupiła makaroniarnię. Ja się pytam, czy jest Pan pewien, on mówił, że Tak, że ma dowody. Wczoraj Wałęsa był w radio i powiedział „Ja jestem jak każdy Polak, jak potrzebuję pieniędzy idę do Danusi”.
Z powodu szacunku do Pani Wałęsowej nie chciałem nazywać nasze makarony pod marką Danuta. Wybraliśmy nazwę MALMA, czyli „Malborskie Makarony” i stworzyliśmy logo. Zaczynaliśmy się reklamować w telewizji. Była to pierwsza reklama polskiej marki żywnościowej w TV publicznej. Zrobiliśmy wiele spotów ze wspaniałymi aktorami jak Michnikowski i Sophia Loren.
Nawet ja bawiłem się w aktora. Produkowaliśmy program dla TV Smakosze Rozkosze, gdzie uczyliśmy widzów gotować różne rzeczy z udziałem makaronu. Do gotowania zapraszaliśmy znanych ludzi. Dzięki temu wpływaliśmy na kulturę kulinarnej Polaków. Wtedy Polacy głównie jedli makaron w zupie, a nie jako osobna potrawa jak jedzą je Włosi. Do zupy się wrzuci 30g makaronu, a pomieszanie z sosem 100g. Wtedy Polacy nie umieli robić sosu bolońskiego. Program był nadawany między innymi w niedzielę o 7 rano. Kiedyś będąc w kościele na 9:30 ksiądz w momencie podania mi do ust komunii powiedział cichutko – smaczny ten makaron był dzisiaj :).
Dzięki tym akcjom w ciągu pół roku byliśmy liderem na rynku makaronów w kraju.

KC: A skąd się wzięła sława Malmy na świecie?

MM: Kiedyś zadzwonił organizator konkursu, aby zaprosić mnie do Jury, aby wybrać najlepszą książkę oraz program TV o tematyce kulinarnej na świecie. Początkowo myślałem, że chodzi im o sponsoring, ale miałem być członkiem jury. Mówiłem im, to pomyłka ale stanowczą zaprzeczali mówiąc „jest Pan wielką gwiazdą TV w Polsce”. To była przesada, ale się zgodziłem. Pojechałem z żoną do Cannes na 3 dni. Byli tam najwięksi kucharze oraz znawcy kuchni świata, szef dział kulinarny New York Times’a i wiele innych światowych gwiazd. Dzięki temu poznałem ciekawe osoby, które mi bardzo potem pomogły.

KC: No ale nadal nie mogę zrozumieć jak Polski makaron został uznany za najlepszy na świecie?

MM: Wszyscy myślą, że od zawsze Włosi jedzą dużo makaronu. Jednak kiedy byłem młody, mieszkałem w Mediolanie i tam przeważały ryż i polenta z kukurydzy, które rosną na północy Włoch. Makaron natomiast był importowany z południa Włoch, z Neapolu i żadnej konsumowany. Północni Włosi nie umieli gotować makaronu jak Neapolitance. Dopiero się uczyli.
Cała sztuka w gotowaniu makaronu to jest wyjąć go z wody w odpowiednim momencie. Bo trzeba go wyjąć lekko niedogotowany, bo po wyjęciu, makaron nadal się gotuje i dochodzi do siebie przez 2 minuty. Jak się wyjmie za późno go rozgotujemy i będzie niedobry.
Jedna spółka z Północy Włoch, Barilla wymyśliła sposób na to. Wymyśliła taki makaron, który nie da się rozgotować. Uncle Bens z ryżem podobnie. To jest genialne, gdyż gospodynie przeważnie nie wiedzą, jak gotować makaron. Czy to znaczy, że ten produkt jest lepszy. Nie. Jest smakowo gorszy, ale jest wygodny. Jednak dzisiaj gospodyni na północy Włoch szukają makaron o bardziej wyrafinowanym smaku bo nauczyły się go gotować idealnie jak na południu kraju. Dzisiaj nasz makaron jest doceniany w Polsce i we Włoszech bo jest właśnie wyprodukowany według stare neapolitańskie receptury, które dają przewagę do smaku.

KC: Dużo się mówi, że w latach 90-tych było więcej wolności niż dzisiaj. Potwierdzasz to?

MM: Wolność jest bardzo ważna. Żeby nie poddawać się myślą czy rolom nam narzuconym, ale aby móc wybierać. Jest choroba w tym kraju, która nazywa się Gazeta Wyborcza. Tak nie powinno być, że jest jedna gazeta. Nie mówię, że jest to zła gazeta. Mają bardzo dobre dziennikarzy, którzy ładnie piszą. Problem w tym, że nie ma w prasie alternatywy o porównywalnej sile. To jest nienormalnie. Ostatecznie może być jedna gazeta, ale trzeba brać z niej tylko 50%.

KC: Ale trzeba wiedzieć, które 50%?

MM: Tak, trzeba wiedzieć które, ale nawet jeżeli weźmie się artykuł i stawi się NIE w miejsce każdego TAK a TAK zamiast NIE, i tak nie uzyska się prawdy.
Jedna rzecz, której w Polsce dla mnie jest za dużo to tzw. inteligencji a za mało normalnych ludzi. Wielu ludzi po to, aby pokazać, że są członkami tej inteligencji brakują podlejsza krytycznego do tego co przedstawiają im media. Będąc w Malborku i widząc realia robotnicze nie mogę dzielić świat pomiędzy inteligencja i inni. Jeden francuski pisarz powiedział, że wśród mniejszości inteligenckiej, większość jest imbecylami. Prości ludzie mają zdrowy rozsądek. Wspominam w Grecji staruszkę z odległej wsi, która mi powiedziała, że ówczesny Premier jest nie godny zaufania, gdyż nigdy nie zostało wybrany przez własny miasteczku, dopiero musiał wyjechać 500 km dalej aby być wybrany. To są mądrości prostych ludzi. Byłem bardzo wzruszony, jak się mówiło, że Wałęsa jest głupi, bo jest elektrykiem. Wałęsa był człowiekiem, który kierował organizacją w której było 10 milionów ludzi i to przez 10 lat.
Nawet u mnie w zakładzie był początkowo podział między pracownikami umysłowymi i fizycznymi. Na lepszych i gorszych. Mówiłem, że nie ma takiego rozróżnienia, że każdy z nas jest i umysłowy i fizyczny.
Rozmawiamy teraz ze światem, gdzie z jednej strony mamy Murzynów w Afryce, którzy są biedni. Trzeba z nimi rozmawiać, coś robić, a nie mówić, że to są prymitywy, a my wiemy lepiej a oni nigdy sobie sami nie dadzą rady. Kiedy mówimy o terroryzmie Arabów to warto przypomnieć sobie, że jeszcze 60 lat temu Europa wytworzyła Hitlera i Stalina. Nie są to przecież czasy odległy. Trochę skromności. Między ślimakiem a człowiekiem jest 2 lub 3 procent różnicy, ale między dwoma ludźmi nie ma różnicy waloru.

KC: Jak dotrzeć do mediów?

MM: Trzeba się z mediami spotykać. Co 3 miesiące jeździłem do Neapolu. Kolebka kultury makaronu to nie są cały Włochy, tylko konkretny Neapol. Tam i rozmawiałem z szefami kuchni, z dziennikarzami, zapraszałem ich do Polski.

KC: Tak to wszystko ładnie wygląda, ale było coś co się nie udało?

MM:Robiliśmy kiedyś Pizze. W Niemczech wtedy rynek był miliard pizzy rocznie, a w Polsce 5 milionów. Uznałem, że warto więc inwestować w ten rynek. Zainwestowaliśmy i klęska. Dlaczego? Bo Niemcy stosowały cenę dumpingową dla Polski. Bo jak ktoś produkuje miliard pizzy to dla niego 5 milionów sztuk to nic. Jednak inwestycja ta posłużyła do kolejnej: uruchomiliśmy produkcję pierogów i postawiliśmy na produkcji pizze z wyższej półki. Z sukcesem.

KC: A rynek włoski?

MM: Musieliśmy być w Neapolu. Bo gdybyś my nie byli w Neapolu u najlepszego szefa kuchni oznaczałoby to, że nie jesteśmy najlepsi na świecie. Najlepszy kucharz w Neapolu kupuje Malmę i głośno o tym mówi. Uczestniczyłem w takich ślepych próbach na najlepszy makaron. Wszyscy szefowie najlepszych restauracji i dziennikarze włoscy próbując 10 różnych makaronów mówili jednogłośnie, że ten nasz makaron Malma jest najlepszy. Wtedy zaprosiłem tych kucharzy do Polski, robiliśmy wywiady z różnymi gazetami Polskimi.
Udało nam się także zaangażować Sophii Loren, która wystąpiła w reklamie naszych makaronów, mówiąc: „To co najbardziej mi się podoba w Polsce to muzyka Chopina i makaron Malma”. Sophii Loren wtedy była w Malborku, my zrobiliśmy z tego wielki event, nasi specjaliści od PR naprawdę się wykazali. Dziennik telewizyjny przez 3 dni mówił tylko o Sophii Loren. Kiedy była premiera tej reklamówki ja byłem we Włoszech, spotkałem się z dziennikarzami, robiłem tam konferencję prasową i od razu największa gazeta dał nagłówek wielkimi literami „Sophii Lorem zdradziłaś nas”. Następnego dnia był nagłówek „Odpowiedź polskiego makaroniarza”. Wtedy rynek włoski nam się otworzył. Każda najlepsza restauracja musiała mieć Malmę.

KC: Czyli makaron malma to włoski makaron produkowany w Polsce?

MM: Malma jest to tradycyjny Neapolitański styl makaronowy. Tutaj trzeba eksperta, aby to robić i gotować. Nie boję się tego. Tłumaczyłem w TV jak należy go przygotowywać. Jednak zawsze podkreślam, że my robimy makaron Polski, nie makaron Włoski. Jeżeli chcę być luksusowy nie mogę kłamać odnośnie swojego źródła. Muszę to bardzo wyraźnie pokazać.
Jednak najlepszy makaron to także wyróżniające się opakowanie. Kiedy otworzyły nam się światowe rynki, wynajęliśmy najlepszego projektanta na świecie. Projektował on logo dla Benetona, Lancia, American Airlines, Bloomingdales. Poprosiłem go o logo super nowoczesne. On wymyślił grafikę obecnej Malmy. Długie proste litery, przypominające makaron, czerwony na białym tle, co znaczy, że to Polska. Dzisiaj każdy uznaje, że to Logo to bardzo dobra rzecz.
Każdy produkt musi mieć także swoją historię. Nasza historia mówi, że w XVIII wieku najlepsza pszenica pochodziła z Ukrainy i z Polski. To jest znana historia w Neapolu, że najlepsze ziarna to były właśnie stamtąd. Jednak kiedy była rewolucja, polscy i ukraińscy rolnicy wyjechali, głównie do Kanady, oczywiście z tą pszenicą w kieszeni. I teraz wiadomo, że jeżeli chcemy te najlepsze ziarna z tej starej dobrej pszenicy, z której były robione najlepsze makarony, te sławne w XVIII wieku, to tylko można je kupić w Kanadzie. My właśnie tam kupujemy ziarna.
W całych Włoszech jest 5 restauracji, które mają nadane 3 gwiazdek. Do tych 5 restauracji trafiliśmy z naszym makaronem Malma. Robiliśmy reklamy z szefami kuchni tych restauracji.


KC: Ta historia zaczyna być za piękna. Czy firma naprawdę nie miała większych problemów czy sytuacji w których była na krawędzi bankructwa?

MM: Były takie momenty. W 1993 roku kupowaliśmy zakład we Wrocławiu. Jest to 6 hektarów w centrum miasta i młyn. Jedyny młyn do makaronów w Polsce. Był to ważny moment. Nie miałem wtedy pieniędzy, ale chciałem mieć ten zakład. Po trudnościach udało mi się wygrać przetarg. Dogadałem się wtedy z Barillą, że oni zapłacą i podzieliliśmy się spółką Malma . Byli z tego zadowoleni bo dałem im 20% rynku w Polsce, ja też byłem zadowolony.
Niestety rok później umarł właściciel Barilli, a nowy zarządca, były prezes Procter & Gamble oznajmił mi, że mam 2 tygodnie na wyniesienie się. Zgodziłem się, bo nie myślałem, że uda mi się wygrać z takim kolosem. Barilla oznajmiła mi wolę kupna mojej połowy spółki za pół miliona dolarów. Ja jednak się upomniałem, że zgodnie z umową moja część była warta 10 milionów dolarów. Tak zaczęła się walka między nami.
Mam super prawnika z Polski. Pycha Barilli spowodowała, że nie docenili tego przeciwnika. Popełniła pomyłka przez który nie kontrolowałem już 50%, lecz 51% spółki Malma. Wtedy, miałem do dyspozycji cały zakład, a także wyłączność na znaku Barilla dla Rosji oraz Ukrainy. Potężny majątek. Kilka tygodni później zadzwonił do mnie syn Barilli mówiąc, „Michel, Malma jest Twoja”. Ja powiedziałem, że wiem, że chcę być uczciwy i oddać im znak towarowy Barilla ale odkupić ich połowę spółki po cenie na jaką oni wycenili moje akcje. Dzięki temu odkupiłem wszystkie akcje bardzo tanio. Dzięki temu stałem się właścicielem całości firmy. Były to ciężkie chwile, ale w rezultacie firma zyskała na tym bardzo dużo.
Kiedy byłem we Francji w jednej firmie makaronowej widziałem wielki hol, marmur. My nie mamy pieniędzy na marmury. My jesteśmy w fazie młodości w firmie. Młodość oznacza, że nie mamy pieniędzy. Marzymy dużo i jesteśmy gotowi pracować bardzo długo. Młodość daje też zaufanie, ludzie inwestują w nas, bo widzą przyszłość. Firma Malma jest bardzo rentowna operacyjnie, ale kapitałowo nie może jeszcze zarabiać.

KC: To dlaczego brałeś kredyty na rozwój firmy zamiast sprzedać część akcji inwestorowi?

MM: Bardzo łatwo jest dla przedsiębiorcy rozwijać się idąc na giełdę. Jednakże tylko do pewnego stopnia jeżeli chce się utrzymać charakter rodzinny firmy gwarantując długofalową strategię, która jest po prostu niezbędna dla sukcesu firm w przemyśle. Przekładem są Michelin, Fiat, Peugeot, Ford, Johnson. Trzeba pamiętać, że początki są zawsze trudne dla tego, który inwestując chciałby otrzymać szybki zwrot . W pierwszych latach miałem stopy procentowe 36%. Jedna czwarta moich obrotów to były stopy procentowe, a kolejna 1/4 to była amortyzacja. To nie znaczy, że nie zarabiałem. Miałem ogromny sukces bo osiągnąłem 10% zysku operacyjnego.

KC: A nie korciło cię sprzedać firmę, skoro tak dobrze funkcjonuje?

MM: Kiedy miałem 35 lat Barilla robiła mi propozycje odkupu całej firmy. Byłem bardzo zadowolony. Umówiliśmy się na wieczór, piliśmy wino, a prezes Barilli mówił, że celem jego jest zamknięcie zakładu w Malborku. Ja mogę sprzedać moje dziecko, ale nie zabić je. Odmówiłem sprzedaż firmy. Wtedy mogłem stać się bogaty, nie pracować do końca życia.
W 2001 i 2002 roku mieliśmy bardzo trudny moment. Stopy procentowy były długofalowo ponad 20%, złotówka się umocniła a makarony importowane ze względu na kurs potaniały o 25%. Wtedy mieliśmy wielki problem.

KC: Czy to właśnie wtedy Malma zaczynała przeżywać kłopoty?
MM: Tutaj właśnie jest moment, który wykorzystał szef banku PeKaO S.A. Zaproponowali mi wejście na giełdę, aby pozyskać kapitał, który pozwoliłby spłacić kredyty. Wszystko przebiegało bardzo dobrze, jednak zmieniła się dyrekcja banku i prezesem został Jan Krzysztof Bielecki. Okazało się, że jest on moim przeciwnikiem. Powiedział, że Bank nie wpuści firmy na giełdę i przedłużył nam kredytów.
Bielecki wtedy wiedział jaki majątek posiadam. Było to między innymi 6 hektarów w Centrum Wrocławia. I głównie o to poszło. Później, Bank z dnia na dzień wypowiedział umowę kredytową. Celem tej operacji było zamkniecie zakładów i pozbycie się pracowników, nie dając im odszkodowań.
1 czerwca 2005 roku Bank podpisał umowę prywatną i tajną z grupą developerską Pirelli. Bank dał developerowi opcję na wszystkie nieruchomości banku w Europie. To oznacza ze jeżeli Bank przejmie jakąś nieruchomość to ma ją proponować ekskluzywnie do Pirelli. Jeżeli Pirelli nie jest zainteresowany, dopiero wtedy nieruchomość może trafić na rynek. To jest wielki skandal.
Porozumienie to zwane było Umową Chopin.
Kilka dni później Bank wypowiedział mi kredyty. Ja w tej sytuacji gram bardzo uczciwie. Oni myśleli, że ja się będę bronił, bo znają mój charakter. Ja im powiedziałem, że zgadzam się sprzedać to co mam, czyli funkcjonująca firma i z tego spłacić kredyty. Ja nie chcę aby ta firma umierała. Oni mi zaproponowali, abym dał im pełnomocnictwo, do szukania tego inwestora. Musiałem to podpisać, bo albo bym podpisał, albo jutro firma będzie zamknięta. Przez 9 miesięcy bank nie znalazł nikogo, a wszyscy inwestorzy, których ja znalazłem byli odrzucani. Miałem inwestorów, którzy skłonni byli spłacić dług, jednak bank nie chciał spłaty, tylko chcieli przejąć zakład, pusty, bez pracowników. Bank potem wyłączył nam prąd, zakręcał wodę i stanyła produkcja.
Już mówiłem, że ja jestem gotowy wszystko stracić, ale ja walczę na życie, nie na śmierć. Aby przedłużyć życie zakładu dałem cały swój prywatny majątek na zabezpieczenie do Banku pod warunkiem, że nie zamkną firmę. To znaczy, że ja byłem gotowy stracić 100% to co ja mam. Dokładnie w dniu, gdy podpisaliśmy hipotekę, bank zamknął firmę. Złamał jasno umowę. Musiałem się bronić. Wydzierżawiłem całą firmę innej firmie na 25 lat.
Mój cel to uratować moich pracowników. Przez rok, bez pensji pilnowali zakładu. To jest niespotykane. Jest to wynik 15 lat super relacji i traktowania pracowników normalnie. Liczyć się ze robotnikami. To mi wszystko wróciło. Robiliśmy w zakładzie Boże Narodzenie, Sylwester. W efekcie, dzięki pomocy i pracowników produkcja po roku ruszyła ponownie. Odzyskaliśmy dopiero 1/3 obrotu tego co było przed przerwą.
W międzyczasie sądziliśmy się. Najpierw, Bank przegrał wszystko w pierwszej instancji. Ale Bank ma potęgę, który nazywa się Bielecki. Okazuje się, że prezes sądu był zmieniony, skład sędziowski się zmienił, i nagle po 2 latach sąd jest dokładnie przeciwko mnie. Bank zaczyna przesadzać.
Wszystko potoczyło się o pszenicę, która leżała w silosie zmagazynowana na rok produkcji. Ta pszenica nie może leżeć bez wentylacji, bo może się popsuć. Pracownicy, którzy pilnowali zakład widzieli, że mogliśmy z tego robić makaron, sprzedawać go i oddawać więcej pieniędzy do banku, ale bank tego nie chciał, bank nie chciał nic dawać pracownikom aby sobie zabrać nasze pusty tereny. Bank ma za sobą siłę polityczną przez Jana Krzysztofa Bieleckiego.
W tym momencie Bank zaczynał robić błędy. Aby wygrać w sądzie Bank rozdzielił sprawę Malmy na kilka procesów. W każdym używa różnych argumentów, które mu pasują w danym procesie. Jednak kiedy się to wszystko składa, widzi się, że argumenty które użył w jednym procesie są sprzeczne z argumentami w innym procesie. Nie można powiedzieć, że ja wydzierżawiłem zakład za darmo, a w innym procesie, że cena jest adekwatna. Nie można powiedzieć, że firma pracuje, a w innym procesie, że nie pracuje i nie zatrudnia pracowników. Jestem skonsternowany faktem, że część sędziów przejmuje sprzeczne między sobą argumenty Banku, igrając w ten sposób z podstawową zasadą Państwa prawa. Za sprzeniewierzenie pszenicy, które było jej ratowaniem dostałem wyrok w zawieszeniu, z którego się odwołałem. Dzięki temu wyrokowi dostałem bardzo dużo sympatii od różnych środowisk, nawet od prawników, którzy zaczęli mnie bronić za darmo. Dla nich to jest bardzo duża odwaga, bo oni tracą bardzo poważnego potencjalnego klienta.
Jestem obecnie przekonany, że wygramy tę bitwę. Ja nie mam nic do tego banku, chcę, aby zwrócili mi majątek, abym mógł pracować i produkować. Przez kilka lat zamiast się modernizować, zmarnowaliśmy czas na niepotrzebnej wojny.

KC: I tego właśnie Ci życzę. W imieniu czytelników Milionera, dziękuję serdecznie za wywiad.

MM: To ja dziękuję. Pozdrawiam wszystkich. No i oczywiście zapraszam do jedzenia makaronów Malma.